Szyję i trafia mnie szlag. Nic mi nie wychodzi. Cały tydzień, no może 3 dni szyłam spódnicę, na lato, z fałdkami i kieszonkami (te kieszonki mnie zauroczyły).Uszyłam, nałożyłam i .... Ciut, ciut za szeroka. Nie mam siły ani chęci na poprawki.
Wzięłam się więc za następną spódnicę. Nie chcący zachlapałam ją Domestosem i została plama. A spódnica nowa, kilka razy noszona, żal wyrzucać. Więc wymyśliłam sobie aplikację z haftami (zabrzmiało to jak aplikacja na telefon lub komputer). Przyszyłam, wyszyłam. Mogłam pokazać tak jak było, ale nie, zachciało się wyprasować, żeby było ładnie. Nie będzie ładnie. Przypaliłam!!! Najpierw plama, a teraz to.
Niżej zdjęcia mojej porażki.
Spódnica w całej okazałości
Zbliżenie na "moje" kieszonki.
A tu widać, że poprawka niewielka, ale trzeba rozpruć boki, odszycie przy pasku, zamek.
Niżej zdjęcia mojej porażki.
Tak wyglada plama. Zdjęcie na lewej stronie, bo na prawej już działam.
Tu efekt końcowy mojego ratowania i jednocześnie zniszczenia (prawy róg spódnicy).
Zbliżenie katastrofy. Prawda, że ładnie przypaliłam?
I na koniec tradycyjnie zdjęcie natury. Mogłabym zaliczyć je do nieudanych, ale uważam, że niechcący (nie planowałam takiego kadru) udało mi się strzelić fajną fotkę z samochodem za kwiatem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz